niedziela, 16 września 2012

Początek

     Smoczy Wojownik winien zjednać się z naturą. Jego przeznaczeniem jest oddać całego siebie, aby świat mógł trwać w harmonii. Tylko nieliczni godni są tego miana, a zaszczyt ten wypracowali sobie ciężką pracą nad doskonaleniem samego siebie. Nie kierują nimi egoistyczne pobudki. Są świadomi własnej mocy, ale nigdy nie nazwą siebie potęgą, nigdy nie będą zbierać plonów chwały. Są niczym cienie - dyskretni, niezauważani. Masz moc, ale czy jesteś Smoczym Wojownikiem? Śmiem wątpić, ale czas pokaże...

     Kraj na Dachu Świata - kolebka życia i rozwoju duchowego. Po mojemu - zwyczajne zadupie. Rozumiem, że dla niektórych świat zaczyna się i kończy właśnie tu, ale nie mogę pojąć, dlaczego dla mnie też powinien. Opowiadali mi legendę, miliony razy, jak to potęga Smoczych Wojowników wznosiła się ponad te szczyty. Widać nie wzniosła się wystarczająco wysoko, skoro ich wymordowali. Ktoś, kto dał się tak zmasakrować, nie ma prawa nazywać się potężnym. A jednak pamięć po nich wciąż jest tu żywa. Gdy byłam mała, nie lubiłam tych gór. Nie przepadałam za miasteczkiem, ani za mnichami. Teraz - szczerze ich nienawidzę. Wydaje im się, że skoro zostałam naznaczona, mogą włazić w tych swoich słomianych sandałkach w moje życie i ingerować w każdy jego najdrobniejszy szczegół. Mylą się, a ja wkrótce im to udowodnię!
- Musimy się pospieszyć, zaraz zapadnie zmrok - słyszę głos mojego przewodnika, który bez najmniejszego problemu pokonuje kolejne kamienne schody, wykute w skale. Wzdycham jedynie, nie będąc w stanie odpowiedzieć. Próbowałam liczyć te schody, ale po siedmiu setkach się pogubiłam. W dodatku dyszę, jak lokomotywa, co znacznie utrudnia mi komunikację. Nie patrze w dół. To kolejny powód, dla którego nie znoszę Tybetu - mam lęk wysokości.
- Nie możemy... zrobić przerwy? - udaje mi się wydusić, ale ten wychudzony, łysawy mężczyzna, odziany w tradycyjny strój ich zakonu, w którym wygląda jak wyrośnięty, zielony szparag, ani myśli się zatrzymać. Siadam zniechęcona na jednym ze stopni, czując, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Spoglądam na niekończącą, rozciągającą się tuż przede mną, ścianę schodów. Myślę tylko o tym, że, skoro uważają się za inteligentnych, powinni byli dobudować windę do tego klasztoru. Albo przynajmniej założyć filię u podnóża góry, dla tych mniej sprawnych fizycznie. Przecieram spocone czoło i z przerażeniem stwierdzam, że mój przewodnik zniknął z pola widzenia, zostawiając mnie na pastwę dzikich zwierząt. Rozglądam się niespokojnie. Mam trzy wyjścia: zostać tu, licząc na łud szczęścia, że sobie o mnie przypomną i po mnie wrócą, najlepiej z noszami, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa, stoczyć się na sam dół, boleśnie odczuwając każdy z siedmiuset schodów, odbijający się na moim obolałym ciele, albo podnieść tyłek z kamienia, który wpija się nie tam, gdzie potrzeba i spróbować dogonić mnisiego sprintera. Każda z tych opcji jest mi nie na rękę, ale analizując wszystkie za i przeciw, wstaję z wielkim trudem i kieruję się ku górze. Po kolejnych dwudziestu minutach katorgi, docieram na sam szczyt, gdzie mnich czeka na mnie z założonymi rękoma. Znajdujemy się przed ogromną, żelazną bramą, w której wyryte są rozmaite obrazy. Mój towarzysz trzy razy, ruchem jednostajnym uderza w gong, wiszący przed wejściem, a wrota, jak na komendę, otwierają się z porażającym uszy zgrzytem. Mężczyzna gestem zaprasza mnie do środka. Niepewnie wkraczam w ten niedostępny dla wszystkich świat. Moim oczom ukazuje się skromny dziedziniec, wyznaczony przez ściany klasztoru, na którym mnisi trenują właśnie sztuki walki. Wszyscy ogoleni, w zielonych strojach, wykonują identyczne ruchy. Są jak trybiki w jednej maszynie, które wprawiają ją w ruch. Ich okrzyki bojowe, zlewają się w jeden, zwielokrotniony głos. Wyglądają, jak cyborgi, nie ludzie.
- Tędy - powiedział ten, który przybył wraz ze mną, wskazując mi drzwi na prawo. Udaję się więc w tamtą stronę. Znajdujemy się w wąskim korytarzu, gdzie widać dziesiątki drewnianych drzwi.
- Tu mieszczą się pokoje. Numer trzynaście jest przeznaczony dla ciebie - mówi, prowadząc mnie dalej. Skręcamy w prawo i przechodzimy do kolejnego korytarza. Po lewej stronie jest wejście do biblioteki, zapewne bogatej w zbiory. Na wprost znajdują się drzwi do jadalni i kuchni. Na prawo - kolejne pokoje, a dalej prosto, łazienki. Ze sceptyczną miną wchodzę do pomieszczenia, gdzie kilkanaście pryszniców oddzielonych jest od siebie jedynie cienkimi, gipsowymi ściankami. Zero drzwi, zero prywatności.
- Gdzie kibel? - pytam oniemiała, na widok "łazienki".
- Toaleta znajduje się na zewnątrz - odpowiada, niezrażony moim tonem. Patrzę na niego, jak na kiepskiego komika, ale on uśmiecha się do mnie pobłażliwie i wskazuje na drzwi, prowadzące zapewne, do wychodka. Otwieram je i wyglądam na zewnątrz. Rzeczywiście. Jest. Mała, drewniana budka, jak sto lat temu, na wsi... Trzaskam drzwiami, obmyślając plan ucieczki. Nie zostanę tu, nie ma mowy.
- Kolacja zaraz będzie - mówi spokojnym głosem. - Jeśli chcesz się trochę najpierw odświeżyć...
- Daruję sobie kolację - przerywam mu brutalnie. - Idę do łóżka - oznajmiam i szybkim krokiem udaję się w stronę mojego pokoju. Odnalezienie drzwi z numerem trzynaście zajmuje mi trochę czasu, ale w końcu staję przed nimi i chwilę wpatruję się w ręcznie rzeźbioną trzynastkę. Od razu widać precyzyjną rękę, zapewne któregoś z mnichów. Otwieram drzwi, pełna nadziei na normalne warunki mieszkalne. Ale rozczarowanie goni rozczarowanie. W prostokątnym pokoju ze ścianami wymalowanymi na biało znajduje się tylko wąskie łóżko nakryte brązowym kocem i biurko, tuż obok niego. Podchodzę do okna, rzucając plecak w kąt. Widok jest niesamowity. Piękny ogród z licznymi alejkami, labirynt z niezwykle zadbanego żywopłotu, wznoszącego się chyba ze trzy metry, kamienna fontanna i kwiaty, których nigdy wcześniej nie widziałam... Dopiero teraz uświadamiam sobie, jak tu pięknie. Ale jeden widok z okna nie zmieni mojego nastawienia. Opadam na łóżko, które skrzypi niebezpiecznie pod ciężarem mojego ciała. Dlaczego moja durna matka musiała sobie zażyczyć, bym trafiła właśnie tu? Dlaczego? Odwracam się na bok i zamykam oczy. Nawet nie wiem, kiedy przychodzi sen.

Puk. Puk. Puk. Wyrwana z objęć Morfeusza, gwałtownie podnoszę się na łóżku. Za oknem panuje półmrok, a więc nie spałam zbyt długo. Puk. Puk. Puk - pukanie się nasila. Podchodzę do drzwi i uchylam je, wyglądając na zewnątrz. Na korytarzu stoi młody chłopak, sądząc po wyglądzie niewiele starszy ode mnie. Jego blond włosy, starannie nażelowane, układają się perfekcyjnie. Patrzy na mnie niebieskimi oczami, z zawadiackim uśmieszkiem na twarzy. Dżinsowe, skejtowskie spodnie i oliwkowa koszulka promująca jakąś nieznaną mi kapelę, zupełnie nie pasują do tybetańskiego mnicha.
- Ty jesteś ta nowa? - pyta wciąż gapiąc się na mnie z dziwnym błyskiem w oku.
- Nie. Jestem mistrzem tybetańskiego zakonu - kpię, lekko marszcząc brwi. - Ktoś ty? - w moim głosie chłopak wyczuwa dezorientację. Śmieje się głośno, najwidoczniej rozbawiony moją niewiedzą.
- Ty się samych łysych mnichów spodziewałaś... Nieźle.
- Więc? - ponaglam go, chcąc jak najszybciej wrócić do łóżka.
- Jestem Spyke - przedstawia się. - Podopieczny Dragonitów.
Nie wiedzieć czemu, zaczynam mieć wrażenie, że jest ich tu więcej. Z jednej strony nie bardzo mi się to podoba, z drugiej - ulżyło mi, że nie jestem jedynym odszczepieńcem ludzkiej cywilizacji.
- Zdradzisz mi swoje imię? - jego głos sprowadza mnie na ziemię. Chwilę zastanawiam się nad tym, ale dochodzę do wniosku, że to chyba najprostszy sposób, żeby sobie poszedł.
- Abbie.
Delikatnie skinął głową, na znak powitania.
- Miło cię poznać - mówi. - Jeśli będziesz czegoś potrzebować, jestem w siódemce - z tymi słowami udaje się do swojego pokoju. Zamykam drzwi i wracam do łóżka. Jeśli jest ich tu więcej, może nie będzie tak nudno, jak myślałam. A jeśli jest tylko on, przemyka mi przez myśl.
- Jeżeli jest tylko on, postaram się, żeby nie było nudno - szepczę sama do siebie, zamykając oczy, by ponownie zanurzyć się w ramiona Morfeusza.